Podaj dalej!
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Share on TumblrEmail this to someone

No elo! Drugi raz już piszę ten post. Pierwszy miał bardzo długi wstęp i za dużo mówił o moim światopoglądzie w wieku sześciu lat. Kiedyś napiszę książkę i tam wkleję ten tekst, bo jeżeli ktoś będzie na tyle dziwny, żeby kupić moją książkę to jest szansa, że ten tekst przeczyta bez „WTF?” gdzieś z tyłu głowy. Do rzeczy!

Luty i miasto tysiąca kebabów

Googlowałam, ile jest tych kebabów i dowiedziałam się, że to nie tylko moje wrażenie, że są artykuły, że „polska stolica kebaba” i że nawet Magda Gessler doceniła smak któregoś z nich. Ja bardzo lubię kuchnię orientalną, ale akurat nie miałam ochoty na tureckie rarytasy.
Wydawać by się mogło, że Rzeszów, oprócz kebabów, nie ma się czym poszczycić. No bo z czym Wam się kojarzy to miasto? Mnie tylko z pomnikiem Czynu Rewolucyjnego, który potocznie nazywany jest Wielką Cipą. No tak wygląda i już. Ja, jak pewnie wiele osób, zastanawiałam się, czemu ten pomnik nadal stoi w centrum miasta, bo przecież dawno już po 89′ i czyn rewolucyjny mógłby zamienić się w inne, ciekawsze czyny, a sam pomnik nie jest zabytkiem, więc zburzyć można go nawet jutro. Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej to wszystko jest w internecie, a ja myślę, że dziwnie Rzeszów wyglądałby bez tego pomnika.
Rzeszów zawsze tylko przecinałam pociągiem jadąc do domu w kierunku Zamościa lub na Ukrainę. Zawsze kojarzył mi się tak betonowo, no i wielka cipa, i jeszcze hamburger w budce przy dworcu, który po kilku godzinach jazdy bez Warsa smakował jak coś najpyszniejszego na świecie.
Postanowiłam odkryć to miasto, które często jest tylko przystankiem po drodze w Bieszczady. Wpadłam na ten pomysł siedząc sobie w moim rodzinnym domu, gdzie na ścianie wisiał kalendarz, na którym jednym miesiącem był rzeszowski rynek. Pomyślałam se: „WTF?”, bo po pierwsze zawsze w domu mam kalendarz z kościółkami, a po drugie, gdzie w Rzeszowie jest taki rynek?! Odpowiedź była: „nie wiem, bo nigdy nie byłam w Rzeszowie”, choć przejeżdżam przez niego dość często. Tak sobie gadałam w głowie chwilę, po czym stwierdziłam, że jadę <brum>!

Co robić w Rzeszowie?

W Rzeszowie wszystkie atrakcje turystyczne można spokojnie ogarnąć w jeden dzień, zwłaszcza, kiedy jest luty i sobota. W sobotę np. nie wejdziemy na zamek, bo jest on otwarty tylko wtedy, kiedy pracuje sąd. Niewiele jednak tracimy, bo wejść można tylko na dziedziniec, a niedaleko zamku jest Aleja Pod Kasztanami, gdzie możemy sobie obejrzeć secesyjne wille, a obok, na ulicy Lubomirskich – Letni Pałac Lubomirskich.
Wracając w stronę rynku, na rogu ulicy 3 Maja i Alei Lubomirskich stoi klawy budynek, który jest teraz siedzibą banku. Wchodząc w ulicę 3 Maja będziemy mieć mnóstwo knajp i pomnik Tadeusza Nalepy, a na jej końcu Wieżę Zegarową Kościoła Farnego. Dalej skręcimy w ulicę Tadeusza Kościuszki i dojdziemy do rynku, żeby pójść na zwiedzanie podziemi. Polecam, bo można dowiedzieć się kilku ciekawych rzeczy na temat historii miasta.
Poszliśmy też zobaczyć Synagogę Staromiejską, wewnątrz mieści się obecnie archiwum, nie ma możliwości zwiedzania. Synagoga pochodzi z XVI/XVII wieku, niszczona i odbudowywana, obecny wygląd ma od 1963 roku, kiedy ukończyła się odbudowa po zniszczeniu jej w 1944 roku przez Niemców. Kilkadziesiąt metrów dalej na jednym z budynków znajduje się mural z Ireną Sendlerową, mega klawy sposób na połączenie historii i sztuki. Więcej powinno być takich murali!

Bajki dla starych ludzi

Niedaleko synagogi znajduje się Muzeum Dobranocek. Bardzo polecam szczególnie dorosłym, bo jest to mega sentymentalna podróż w dzieciństwo, a oglądanie postaci z bajek Semafora przywołuje wiele wspomnień. Ja lubiłam kota Filemona, Uszatek wydawał mi się nudny, Coralgol był creepem i miał dziwne przygody. 😀 Oprócz tej wystawy są też popularne bajki zagraniczne jak: Muminki, Smerfy czy Krecik. Po oglądaniu eksponatów można pójść na odcinek lub kilka odcinków bajek, które są wyświetlane w salce kinowej.


Ratusz na rzeszowskim rynku to jedna z bardziej fotogenicznych budowli miasta i nie dziwię się, że trafiła na stronę kalendarza. Oprócz ratusza jest sporo ciekawych kamienic, budynków w różnych stylach architektonicznych, sporo modernizmu (ostatnio zauważam modernistyczny hype:)), ale też kilka nowoczesnych budowli z ciekawymi rozwiązaniami.
Ostatnimi punktami naszej trasy był tęczowy most (zwykły, tęczowy most) i stary cmentarz (zwykły, stary cmentarz, choć myślałam, że będzie większy). Lubię zwiedzać cmentarze, nie wiem dlaczego. I to by było na tyle. Nie wchodziliśmy do kościołów, muzeów (oprócz dobranocek i podziemi), więc jeśli ktoś będzie dłużej to też będzie miał co robić, choć jeden dzień intensywnego zwiedzania mógłby wystarczyć.

Dejcie mi jeść!

Jeszcze jedzenie! Na śniadanie wszyscy polecali Kawę Rzeszowską, niestety była zamknięta. Poszliśmy do Niebieskich Migdałów i było ok. Obiad w Radości, dobrze, ale nie rozpłynę się na tym miejscem, bo coś bym tam poprawiła. Może w Rzeszowie, gdzie gastro rynek jest mniejszy i jest masę kebsów (dużo to mówi o zasobności portfela klientów/gości), Radość jest rarytasem, ale myślę, że w takim Krakowie przepadłaby w morzu innych lokali. Jest to przyjemne miejsce, ale nie rozumiem też wszystkich ochów i achów. O jedzeniu nie lubię pisać, bo tak dużo osób w sposób okropnie zły to robi, że mnie już się nie chce. Ale jak niedługo zacznę i użyję słowa „przeciętny” lub „poprawny” to błagam, uderzcie mnie. Nie wiem, co te określenia mogą powiedzieć o burgerze z fasoli czy rosołku. Help!
A na kawę i ciastko poszliśmy do miłego miejsca, takiego, jakie lubię najbardziej – Dziarski Barista. Jak byście byli w Rzeszowie to jest jedyne miejsce, które polecam! Za klimat, za kawę, za ciastko i obsługę, za ładne i wygodne siedzonka, za wszystko.

 

Podaj dalej!
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Share on TumblrEmail this to someone