City break: Lizbona

Podaj dalej!
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Share on TumblrEmail this to someone

Fajnie jest czasem zrobić sobie dłuższy weekend i pojechać w jakieś klawe miejsce (spoiler: Lizbona to klawe miejsce). Ja potrzebuję kilka takich wyjazdów w ciągu roku. Wcale nie muszą być dalekie, chociaż najlepiej, gdyby przeniosły mnie jak najdalej od pracy, przynajmniej psychicznie! 🙂 Kocham moją pracę, ale nie jestem w stanie odpoczywać mając dwa dni wolnego. Pierwszego dnia myślę o wcześniejszym, a drugiego o tym, co będę robić następnego dnia. Udany mini urlop musi trwać przynajmniej cztery dni. Cztery dni to też zazwyczaj optymalny czas, żeby poczuć klimat jakiegoś miasta. Przy małych miastach można je schodzić wzdłuż i wszerz, przy większych dobrze poznać, a przy ogromnych – odhaczyć najważniejsze zabytki! 😀

Jestem fatalnym turystą, ale dobrym explorerem. Lubię to słowo. Zawsze się gdzieś zgubię (oczywiście, nie z mojej winy! :D), a później znajdę przypadkiem coś ekstra. Chciałabym mieć czas, żeby przygotowywać się do podróży. Ale wolę ten czas poświęcić na czytanie negatywnych komentarzy knajp, do których nie pójdę, albo wyszukiwanie tanich lotów, z których nie mogę skorzystać. Tak, wiele rzeczy w moim życiu nie ma sensu.

City break: Lizbona

Ojej. Ta Lizbona. Bardzo klawe to jest miasto. Ja czasami (w sumie to bardzo rzadko) mam takie uczucie, kiedy przyjeżdżam do nowego miejsca, że mam wrażenie, że jestem u siebie. Wiecie, o co chodzi? No to w Lizbonie tak nie miałam. Nie pierwszego dnia. Byłam bardzo głodna, a jak jestem głodna to lepiej odejść ode mnie na bezpieczną odległość dziesięciu metrów. Z kanapką można podejść na wyciągnięcie ręki. Z dobrą kanapką. Skończyło się tym, co zawsze, czyli wizytą w syfiastym miejscu z kanapkami podawanymi do trzech minut. Mój żołądek nabiera się na takie rzeczy, więc humor mi się minimalnie poprawił. Następny dzień to był wybuch miłości do Lizbony.

Co za klawe miasto!

Tak sobie myślę i myślę i nie widzę żadnych rzeczy, które mi się tam nie podobały. Wynajęliśmy klawe mieszkanie w centrum (które było mini kamienicą), widoki wszędzie są wow, ludzie są super, ceny są przyjemne. Mam bzika na punkcie miast portowych, chyba już gdzieś to pisałam, a Lizbona leży przy ujściu rzeki Tag do Oceanu Atlantyckiego, więc port jest, wybrzeże jest, wszystko się zgadza. Lizbona to miasto wielkich odkrywców, mają tu swój (WIELKI) pomnik. Są tutaj (obok siebie w Belem) dwa zabytki z listy dziedzictwa UNESCO – Klasztor Hieronimitów oraz Torre de Belém.
Torre de Belem zbudowana została w czasie wielkich odkryć geograficznych i z ciekawszych rzeczy – kiedyś było to więzienie, przetrzymywano tu nawet Józefa Bema 1933 roku, a wieżę postawiono pośrodku koryta Tagu, ale po trzęsieniu ziemi w połowie XVIII wieku rzeka zmieniła bieg i wieża znajduje się teraz przy jej prawym brzegu.

Trzecim zabytkiem wpisanym na listę światowego dziedzictwa UNESCO jest Krajobraz Kulturowy Sintry, a o Sintrze mogliście już przeczytać w tym poście.

Już nie piszę nic o zabytkach, bo to nie jest przewodnik, a jedynie superklawe wspomnienie o genialnym mieście i gdybyście kiedyś zastanawiali się, gdzie wyskoczyć na chwilę to polecam to miasto. Lizbona jest dobra na kilka dni, ale jest też świetną bazą wypadową do mniejszych miast. W Sintrze można spędzić 2-3 dni, w Cascais i okolicach można się plażować (mają piękne plaże).

Teraz będą zdjęcia i jakieś nietrzymające się kupy opisy.

To jest nasza baza. W sumie tylko spanie, bo co się robi w wynajętym mieszkaniu w nowym mieście? Klawe mieszkanie znajdujące się na dwóch poziomach, mega tanie, w centrum Lizbony. Nie kumam, czemu ludzie srogo przepłacają za hotele. 🙂

Lizbona

Lizbona

To jest jedno z najlepszych gastro miejsc, w których byłam w moim życiu. Time Out Market to wielka hala z mini restauracjami, a znaleźć można tu wiele różnych kuchni z całego świata.

Lizbona

Genialne miejsce do siedzenia ze znajomymi, gdzie każdy może wybrać coś innego, a siadamy do wielkiego, wspólnego stołu! Jest sklepik, jest ogromna przestrzeń warsztatowa – tu na zdjęciu akurat dzieci coś gotują. 🙂 Równolegle do Time Out Market w Mercado da Ribeira znajduję się druga hala, gdzie możemy zrobić zakupy – warzywa, owoce, kwiaty, ryby, a w weekend jest tam giełda numizmatyczna. 🙂

Lizbona

Time Out to ponad 30 punktów z jedzeniem, więc jeśli (tak jak ja!) nigdy nie wiecie, co chcecie zjeść przed wejściem do restauracji to tutaj możecie siedzieć i zastanawiać się popijając wino. Jest tu prawie wszystko, chociaż nie widziałam hummusu i falafeli, ale może gdzieś były :). Jedną ścianę zajmują autorskie projekty portugalskich szefów kuchni. Kubki smakowe są szczęśliwe w tym miejscu! 🙂

Lizbona

Lizbońskie ulice to często długo, długo w dół, a po chwili długo, długo w górę. Te strome, wąskie uliczki są piękne, ale przyjeżdżając tu weźcie wygodne buty.

Lizbona

Estação Rossio. Dworzec kolejowy Rossio, stąd odjeżdżają pociągi np. do Sintry.

Lizbona

W lizbońskich parkach rosną pomarańcze, nie wiem, czemu mnie to dziwi. Dobra, te pomarańcze to są oczywiste, ale zawsze będąc zagranicą ogromną hecą jest dla mnie oglądanie drzew. Dendrologia mogłaby być moją pasją, ale mam już ich za dużo.

Lizbona

Jak ja lubię wchodzić w litery! Żałuję, że nie weszłam pod M albo do A!

Lizbona

Pomnik odkrywców. Można wyjechać na górę, jest tam widokowy taras.

Lizbona

Lizbona

Jezus z Rio de Janeiro i most z San Francisco, piękne!

Lizbona

Lizbona

Pan karmi ptaki.

Lizbona

Pan karmi ptaki II.

Lizbona

Lizbona

Klasztor Hieronimitóww w Belem. Belem po portugalsku znaczy Betlejem. Jest to zachodnia dzielnia Lizbony i znajduje się blisko ujścia Tagu do Oceanu Atlantyckiego. Stąd Vasco da Gama wyruszył do Indii, a klasztor powstał w podzięce za przetarcie tego szlaku. Jest on tam (jak kilku innych ważnych dla Portugalii ludzi) pochowany.

Lizbona

Lizbona

Budowę Mosteiro dos Jerónimos rozpoczęto w 1502 roku z polecenia władcy Portugalii, Manuela I. Jest kwintesencją stylu manuelińskiego, czyli charakterystycznego dla Portugalii połączenia gotyku i renesansu. W 2007 roku na terenie klasztoru podpisano Traktat Reformujący UE, nazwany Traktatem Lizbońskim – tak ciekawostka z Wikipedii. 😀

Lizbona

Ten klasztor to największe must see Lizbony, zdjęcia totalnie nie oddają uroku tego miejsca, ani jego majestatyczności.

Lizbona

Lizbona

Lizbona

Wnętrze kościoła Santa Maria de Belem.

Lizbona

Lizbona

A to zakrystia. Warto dopłacić 2 eurasy, bo takiej zakrystii to jeszcze nie widziałam, a kręcę się trochę po kościołach.

Lizbona

Lizbona

Warto poświęcić na Belem przynajmniej jeden dzień. Kolejkę do klasztoru da się ominąć kupując bilet przez internet lub łączony z muzeum (chyba archeologii, które znajduje się obok). Ja stałam w długiej kolejce, ale w sezonie może być duuużo dłuuuuuuuuższa, więc taką radę daję Wam. 🙂

Lizbona

Lizbona

Torre de Belem, kiedyś strzegła wejścia do portu, później była więzieniem. Ma 35 metrów wysokości, a jej dolne kondygnacje znajdują się poniżej powierzchni wody. Jest jednym z Siedmiu Cudów Portugalii.

Street art w wydaniu portugalskim. Bo murale są zbyt nudne. Autor: Bordalo II. Jest nazywany lizbońskim Banksy’m. W Polsce znajduje się jedna jego praca, „Jerzyk” (w Łodzi).

Lizbona

…i doszliśmy do jedzenia! Czyli do najważniejszego. Pasteis de Belem. Trzeba było chwilę stać w kolejce po te ciastka i nawet było warto. Ale coś w tym jest, że każde kolejne smakuje lepiej. 😀 Pochodzą z Belem, a w całej Portugalii sprzedawane są jak pasteis de nata. Smakują genialnie, kiedy są jeszcze ciepłe. Możemy je kupić w prawie każdym sklepie czy cukierni, ale jestem pewna, że nigdzie nie smakują tak dobrze, jak w Belem.

Lizbona

Bacalhau, czyli dorsz. Tradycyjne danie portugalskie. Warto spróbować, ale ja fanką nie zostanę. Dorsz jest solony i suszony, później się go namacza, żeby był miękki. W smaku ok. Kuchnia portugalska jest dość tłusta. Tradycyjne dodatki to te, które widać na pierwszym talerzu – rozgotowane, niedoprawione warzywa, „salsa” cebulowa i ugotowane ziemniaki. Całość zalana oliwą, obficie. Nie narzekam, bo tłuszcz lubię, ale nawet ja znam granice :). Nie było to najgorsze jedzenie w moim życiu i bardzo polecam jedzenie lokalnych dań zawsze i wszędzie! A właśnie! Tego dorsza tak suszyli, bo był to sposób konserwowania żywności podczas długich wypraw morskich. Teraz większość dorszy przypływa ususzona z Norwegii.

Lizbona

Vinho verde. Zielone wino musujące. Nie do końca byliśmy świadomi chyba, co zamawiamy, bo wydaje mi się, że w karcie widniało jako wino domu. Ale to była przygoda! To wino to była wielka przygoda, ale nie polecam go pić, kiedy musicie biec na autobus. W zasadzie, gdybyśmy go nie zamówili, nie musielibyśmy na ten autobus biec. To wino spowalnia czas i czyni ludzi bardzo szczęśliwymi.

Lizbona

Gyoza (hehe). W tle picka. Wszystko w Time Out Market.

Lizbona

Najlepsza pizza na świecie – provolone, rozmaryn, ziemniak i szynka włoska coś a la parmeńska.

Lizbona

Hot dog z ośmiornicą. Pięknie wygląda, smakuje ok, ale nic nie urwał.

Lizbona

Ojej. Pizza z pesto, jedna z moich ulubionych. Ile się tej picki ojedliśmy tam… Och!

Lizbona

„Ciastka” rybne, ryż z pomidorami. Bardzo próbowaliśmy się przekonać do portugalskich smakołyków z ryb, ale było ciężko. 🙂

Lizbona

Lizbona

Pod Maat’em smakowały najlepiej!

Lizbona

Pierwsze, co widać w Lizbonie to genialną architekturę. Stare kamienice obok mega nowoczesnych budowli. Przeciekawe artystyczne wizje są tam realizowane i nie kumam, czemu u nas dalej tak nudno się buduje.

Lizbona

No klawy daszek między budynkami!

Lizbona

Ten dziwnie wyglądający budynek to oceanarium.

Lizbona

A to ja i sunfish.

Lizbona

A to jest ryba z aksamitu, ryba z żółtego weluru, meduza i kolonia patyków z oczami. 😀

Lizbona

A tu mój narzeczony mizia rekina. Atrakcja dla dzieci, ale starzy też się świetnie bawią. Ja mam mieszane uczucia, co do takich miejsc i powinnam przestać je odwiedzać, ale w niektórych przewodnikach lizbońskie oceanarium było atrakcją numer jeden i plułabym sobie w brodę (tak się mówi? brzmi dziwnie), gdybym nie zobaczyła go. Nie kosztuje majątku, bo coś poniżej 20e, ale dupy też nie urywa. Moim zdaniem nie jest to atrakcja numero uno!

Lizbona

Ja patrzę na wazy w Muzeum Calouste Gulbenkiana. TO jest warte odwiedzenia. Totalnie! Wyobraźcie sobie muzeum z samymi ładnym rzeczami. To właśnie jest to muzeum. Ładne i ciekawe, zupełnie nie przypadkowe. Miejsce to powstało po śmierci Pana Gulbenkiana, który zgromadził tysiące dzieł sztuki, a przy wybieraniu kierował się zasadą „only the best”, więc wyobraźcie sobie. Nie będę spamować tu zdjęciami ze mną, więc zapraszam na instagram @blogeatmedrinkme będzie tam zdjęcie moje naj. Nie, że ja jestem naj, ale będzie tam coś bardzo klawego dla mnie.

Lizbona

Muzeum Gulbenkiana to dwa budynki. W drugim mamy sztukę współczesną i niektórych od nadmiaru rozbolała głowa. Nadmiar sztuki WSPÓŁCZESNEJ (!) szkodzi. Ktoś mógłby to wreszcie udowodnić, jacyś amerykańscy naukowcy… Moje maksimum to jedno muzeum na dzień. Współczesnej! Zwykłe muzea to dwa, trzy zrobię ochoczo :).

Lizbona

Do Alfamy warto pojechać, żeby ze wzgórza podziwiać piękną panoramę miasta o zachodzie słońca. W Lizbonie jest kilka klawych punktów widokowych. To miasto wzgórz. 🙂

Lizbona

Lizbona

 

Podaj dalej!
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Share on TumblrEmail this to someone

6 Comments

  1. Miłe wspomnienia przywiozłam z Lizbony, jako miasta i jako miejsca naszej podróży poślubnej. 🙂

  2. Piękne zdjecia, aż nabrałam ochoty na wycieczkę po Lizbonie.

  3. Ekstra! Fajnie jest się tak zresetować w innym mieście. Oczywiście Lizbony zazdroszczę, jest na mojej liście, ale kiedy mnie tam poniesie to nie wiadomo 🙂
    A kulinarna wycieczka zawsze kusi!

    • Magda | Eat Me Drink Me

      23 maja 2018 at 00:12

      To prawda, jedzenie zawsze kusi 🙂
      A Lizbonę polecam baaaardzo, chyba nie da się nią rozczarować! 🙂

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.

*

© 2018 Eat Me Drink Me

Theme by Anders NorenUp ↑